SMUTNO O DOLINIE RADOŚCI - AKT II

Poproście Matkę Bożą, abyśmy po śmierci
w każdą wolną sobotę chodzili po lesie...
ks. Jan Twardowski "Drzewa"

Tytuł niniejszego opracowania zapożyczyłem z artykułu prof. Jerzego Stankiewicza, naukowca związanego z Wydziałem Architektury Politechniki Gdańskiej.
Ukazał się on w "Głosie Wybrzeża" 13 listopada 1974 r. Już z samego tytułu można zorientować się, że chodziło o zagrożenie tej najpiękniejszej wówczas jeszcze doliny, mocno wcinającej się w strefę krawędziową Wysoczyzny Gdańskiej w rejonie Gdańska-Oliwy. Właśnie ten obiekt, pozostałość po ostatnim zlodowaceniu, bałtyckim, od dawna był i obecnie nadal jest częstym miejscem rekreacji mieszkańców Gdańska. Niestety, w połowie lat 70. lokalne władze postanowiły "uszczęśliwić" społeczność Trójmiasta, lokalizując tu działki pracownicze. W obronie środowiska przyrodniczego i kulturowego wystąpił wspomniany, nieżyjący niestety, profesor, który apelował o zaniechanie realizacji tego złego pomysłu. Według niego, właściwe zagospodarowanie Doliny Radości powinno być rozpatrywane w skali całej gdańskiej aglomeracji, przy zastosowaniu naukowej metody analizowania wartości i rewaloryzacji krajobrazu. Na bazie właśnie tej metody, w Instytucie Architektury i Urbanistyki Politechniki Gdańskiej powstały pionierskie prace dotyczące Doliny Radości. Jednak nie pomógł ani wspomniany artykuł, ani apele ekologów, jak również negatywna opinia ze strony ówczesnego wojewódzkiego konserwatora przyrody, dr. Alfonsa Sikory. Urząd Miejski w Gdańsku był głuchy i ślepy - wbrew prawu oraz interesowi społecznemu zezwolił na powstanie ogródków.

Niestety - przewidywania specjalistów (architektów, ekologów) sprawdziły się po latach: wadliwe zagospodarowanie "zniszczyło" krajobraz doliny, zaś Potok Oliwski, płynący jej dnem, jest permanentnie zanieczyszczany nawozami, środkami ochrony roślin, bakteriami kałowymi (Escherichia coli). Powstanie prawie 2-kilometrowego ogrodzenia, sięgającego połowy szerokości lasu, zakłóciło naturalną migrację zwierząt i spowodowało nadmierne jej zagęszczenie w zachodniej części doliny; zostało to wykorzystane przez myśliwych, którzy pobudowali w tym miejscu, na przestrzeni lat, szereg czatowni. Wzmożony ruch samochodowy na ul. Bytowskiej - w wyniku powstania działek - utrudnił swobodny spacer turystom pieszym, a pod kołami pojazdów zginęło wiele chronionych zwierząt: jeży, ropuch, padalców itp. Wyjątkowo piękny krajobraz łąk w głębi Doliny Radości został oszpecony przez powstanie betonowych dróg dojazdowych oraz nowych obiektów na ujęciu wody; obiekty wybudowane poprzednio mniej raziły, gdyż były pod względem formy poprawnie wkomponowane w okoliczny krajobraz. Walory przyrodnicze fragmentu doliny, ocalałego od ekspansji miasta, sprawiły, że w planach jest utworzenie tu rezerwatu przyrody typu florystycznego. Ma on obejmować siedliska wielu unikatowych, często ściśle chronionych roślin, m.in. pełnika europejskiego (Trollius europaeus), wielosiłu błękitnego (Polemonium coeruleum), nasięźrzała pospolitego (Ophioglossum vulgatum), storczyków z rodzaju Dactylorhiza i innych.


Akt drugi dewastacji Doliny Radości rozegrał się niedawno. Otóż posiadłość należąca do Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie - ul. Bytowska nr 5 - została przekazana w ręce prywatne. Nowy właściciel, obywatel B., ochoczo zabrał się do prac renowacyjnych. W 1996 r. leśna droga, należąca do oddziału 103 Leśnictwa Renuszewo, bez wiedzy i akceptacji właściciela - Nadleśnictwa Gdańsk, znalazła się na obszarze prywatnej posiadłości. W roku bieżącym droga ta została poszerzona przez podcięcie zbocza doliny, co przyczyniło się do powstania szeregu osuwisk. W wyniku powyższej operacji ucierpiały także drzewa, którym brutalnie podcięto korzenie. Od lat służąca turystom aleja, wysadzana jednostronnie pięknymi, starymi lipami, została zabarykadowana. Dotychczas wiódł tędy czarny szlak turystyczny - "Wzgórz Szymbarskich" - i jakoś to nie przeszkadzało poprzedniemu właścicielowi. Wspomniana aleja stanowi jedyny dojazd do oddziału 103 i jest jedyną drogą pożarową!!! (ta ważna droga nie znalazła się na planie geodezyjnym). Osuszono także stawy, m.in. niewielki zbiornik zlokalizowany na granicy z wymienionym oddziałem 103. Spowodowało to zakłócenie w rozwoju lokalnej populacji płazów, zwłaszcza ropuchy szarej (Bufo bufo). Od lat wiadomo, że płazy odgrywają ważną rolę w utrzymaniu równowagi ekologicznej w środowisku przyrodniczym i ich niszczenie jest, po prostu, barbarzyństwem. Wspomniana ropucha szara znalazła się na liście gatunków ściśle chronionych. Oznacza to, że zabrania się niszczyć także jej siedliska rozrodu.

W trakcie trzebieży wycięto zarośla z chronioną (!?) kaliną koralową (Viburnum opulus), zagrożone zostało stanowisko unikatowego na niżu żebrowca górskiego (Pleurospermum austriacum). Warto w tym miejscu wspomnieć, że opisana dewastacja odbywa się na obszarze Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Okazuje się, że Zarząd Miasta Gdańska sprzedając posiadłość nowemu właścicielowi uczynił to wbrew prawu. Bowiem transakcja nie otrzymała akceptacji ze strony Zarządu Parków Krajobrazowych w Gdańsku, działającego w imieniu wojewódzkiego konserwatora przyrody. Czy nie przypomina to historii z lat 70.? Bez głębszego zastanowienia sprzedano także rozwidlenie ul. Bytowskiej, prowadzące do dawnej siedziby Nadleśnictwa Oliwa. Obecny właściciel grozi jego zamknięciem (postawienie bramy), co wykluczy możliwość komunikacji innym mieszkańcom okolicznych posesji. Prace na obszarze nowo nabytej posiadłości doprowadziły do zamulenia zbiorników, w których przechowuje się żywe ryby. Na pretensje właściciela przechowalni, obywatel B. zagroził poprowadzeniem wody tak, że ominie ona sąsiadującą posesję z przechowalnią ryb. Zamknięcie wspomnianej drogi dojazdowej do dawnego nadleśnictwa i przechowalni ryb unicestwi także ścieżkę przyrodniczo- dydaktyczną, która wiedzie Młyńską Drogą i przez ową drogę (rozwidlenie) łączy się z ul. Bytowską. Trasa została poprowadzona specjalnie drogą leśną, a nie ul. Bytowską, aby do maksimum wyeliminować zagrożenie ze strony ruchu drogowego dla młodych uczestników edukacji.

Należy tu wspomnieć, że aspołeczna postawa obecnego właściciela posesji mieści się w określeniu NIMB A (not in my backyard - tylko nie na moim podwórku). To niepokojące zjawisko często towarzyszy prywatyzacji w naszym kraju. Nowi właściciele (osoby prywatne, gminy, lokalne społeczności) nie godzą się na korzystanie z ich dóbr przez ogół społeczeństwa, nawet w sposób symboliczny. Niektórzy psycholodzy i socjolodzy upatrują w tym zjawisku symptomy swoistej choroby cywilizacyjnej, często towarzyszącej polskiemu biznesowi. W tym miejscu nasuwa mi się analogia do sprawy niefortunnej sprzedaży przez Zarząd Miasta Gdańska hali targowej, co doprowadziło do skłócenia handlowców z nowym właścicielem. Czyżby występowało tu prawo serii?

Konkludując - przekazanie dawnego terenu Instytutu Rybactwa Śródlądowego odbyło się wbrew prawu(**), bez nadzoru konserwatora przyrody, o czym świadczą liczne szkody poczynione w środowisku przyrodniczym. Można było dokonać trafniejszego wyboru nowego użytkownika, zwłaszcza że w wyniku transakcji do miejskiej kasy wpłynęła wręcz symboliczna suma pieniędzy. Sądzę, że właśnie ten teren powinien zostać przeznaczony na cele edukacji przyrodniczej społeczeństwa, zwłaszcza młodego pokolenia. Mogłaby tu powstać np. Zielona Szkoła. Wspaniałe położenie w środowisku przyrodniczym, na które składają się: trawiaste dno doliny, zalesione zbocza, urokliwy staw i Potok Oliwski z idealnie czystą wodą - ułatwiłby i umiliłby naukę. Nastrój w takiej szkole jest wyjątkowy i niemożliwy do stworzenia w żadnym innym obiekcie, nawet luksusowo wyposażonym, m.in. w nowoczesne środki audio-wizualne. Tworzenie obiektów, jak przykładowo Zielone Szkoły, jest nieodzowne w celu likwidacji wtórnego "analfabetyzmu przyrodniczego" społeczeństwa. "Produktem ubocznym", ale równie ważnym, edukacji przyrodniczej jest wytworzenie wśród młodzieży umiejętności współżycia w grupie, czyli rodzaj integracji społecznej; może będzie to panaceum na owe zjawisko prywaty, znane jako NIMBA?

Zmiany w środowisku naturalnym i kulturowym Doliny Radości, dokonane w latach 70., i ich niekorzystne następstwa, jak widać, nie nauczyły nas niczego. Dlatego twierdzę, że stare porzekadło o Polaku mądrym po szkodzie należałoby zmodernizować: "Polakowi nawet po szkodzie rozumu nie przybędzie". I jeszcze jedna refleksja. W czasach coraz powszechniejszego udziału religii w życiu codziennym warto na nowo odczytać przykazanie: "Nie zabijaj". Dotyczy ono, według mnie, nie tylko istoty ludzkiej, ale każdej formy życia: podmiejskiej łąki, szpaleru drzew, pojedynczego owada, grzyba. Dlatego z większym szacunkiem traktujmy naturę - jest ona naprawdę niepowtarzalna i warta ocalenia. I nie "zabijajmy" Doliny Radości!

Marcin S. Wilga
Pismo PG nr 2/1998

(**) Prawnicy wskazują na fakt wyeliminowania innych osób stających do przetargu i zaniżenia 5-krotnie wartości majątku dawnej filii Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie.


Formularz kontaktowy


Great Seal of
Gdansk with mediewian ship

index do spisu treści