Według naszych władców, nasza rola zaczyna się i kończy na wrzucaniu kartki do urny przy wyborach, a potem mamy grzecznie płacić podatki i chwalić władze. Czy ktoś pamięta, który z naszych obecnych władców podczas swojej kampanii wyborczej obiecał wyrżnięcie lasów w Polsce? Ja takiej obietnicy nie pamiętam.
Domaganie się prawa do zwyczajowego korzystania z nienaruszonej własności
publicznej, bez zamiaru zamiany tej własności na pieniądze dla siebie (do podziału z decydentem?),
jest obecnie politycznie absolutnie nieprawidłowe.
Jeżeli ktoś coś takiego zrobi, to od razu jest traktowany jak Lenin zmartwychwstały (kto wpadł na pomysł, że
ochroną przyrody zajmuje się bolszewia?) lub świrnięty anarchista
demolujący miasta pod hasłami poprawienia świata (w odróżnieniu od zwykłych chuliganów demolujących
miasta bez haseł poprawiania świata).
Oskarżenie o lewicowość lub anarchizm, jest genialnym sposobem unieszkodliwienia głosów przypadkowego społeczeństwa w obecnych czasach "odzyskanej wolności". Za czasów (pfuj!) komuny osoby wtykające nosy w ochronę przyrody poza dozwolonymi ramami biernego członkostwa Ligi Ochrony Przyrody (nie ujmując nic zasługom tej organizacji), były traktowane przez władze z uwagą poświęcaną każdemu innemu elementowi antysocjalistycznemu.
Czy ktoś jeszcze pamięta o "stoliku ekologicznym" z negocjacji opozycji z komunistami w roku 1988, czyli "okrągłego stołu" na temat zasad przyszłego współistnienia? A może to wszystko, jak i cała reszta to był spisek agentury Służby Bezpieczeństwa?
Ryba psuje się od głowy - winne są władze, to jest oczywiste.
07.04.2009 Basia Głowacka