Pierwsze moje opowiadanie o płotach w lesie w Dolinie Radości
wywołało w czerwcu internetową dyskusję z pracownikami Nadleśnictwa Gdańsk.
Komentarz pana Witolda Ciechanowicza jest, jaki jest.
Główną jego tezą jest, że jeśli młodniaka się nie ogrodzi, to młode drzewka zje zwierzyna leśna, bo młode buki i dęby są ich przysmakami.
Wspólnie ustaliliśmy, że akurat tego miejsca, które mnie zdenerwowało, to on nie widział, a ja postanowiłam obejrzeć sobie płoty i poręby jeszcze raz, w upalną niedzielę w końcu czerwca.
Może ja nie mam racji? Może nie mam całkowitej racji? Może mam częściową rację? Może jednak mam rację?
Postanowiłam pójść zacząć od dolinki na rozpoczynającej się na końcu ulicy Abrahama i otaczających ją górek. Szczyty tych górek ostatnimi czasy wyłysiały: straciły drzewa, zyskały płoty dookoła poręb, uważałam, że będą dobrym miejscem do badań terenowych.
Podeszłam pod jedną górkę pod płot poręby. Poręba była zarośnięta trawą, ale z pomiędzy
trawy wystawały szczyty młodych dąbków i sosen. Większość drzewek rosła w rzędach,
więc chyba były posadzone przez ludzi. Trawa była lekko koszona, pewnie po
to, aby nie zagłuszyła młodych drzewek.
Wzdłuż płotu, po "wolnej" spronie widać było, że zwierzęta chodzące na kopytkach wydeptały sobie ścieżkę.
Poprzedniego dnia padał deszcz, więc tropy były wyraźne.
Niedaleko leżał niedawno zwalony dąb, ale jeszcze żywy.
Obejrzałam dokładnie zielone liście i gałęzie leżące na ziemi, czy aby nie widać zainteresowania
owym przysmakiem ze strony zwierząt przechodzących pobliską ścieżką. Wydawało się, że
zielone liście dębu w czerwcu w celach spożywczych interesują tylko jakieś robalki i mszyce.
Nie jestem przyrodniczką, to i oznaczaniem robalków i mszyc dla tego tekstu nie będę się
zajmować - wolę dalej iść ścieżką wzdłuż płotu. A może sarny lub dziki nie lubią liści dębowych
z dorosłego drzewa? Może wolą młodziutkie pędy?
Kilkanaście metrów dalej na ścieżce widzę
rośnie młody, może zeszroczny dąbek. Rośnie - nie jest zjadany przez przechodzące zwierzaki.
Kilka metrów dalej - następny i też na ścieżce.
A może to dlatego ocalał, że ostatnia zima była bardzo marna, było tylko kilka dni z mrozem i śniegiem, dlatego zwierzęta nie były głodne? Jeżeli to jest prawdą, to znaczy, że nawet młode dęby nie są przysmakiem zwierzyny w warunkach łagodnej zimy w tym lesie. (Za to samo w Borach Tucholskich już bym głowy nie dała...)
W pobliżu rosły stare dęby i buki, ale młode dąbki rosły tylko na zwierzęcej ścieżce i na porębie. Dlaczego? Może dlatego, że ścieżka jest ostatnim nieźle naświetlonym fragmentem lasu, na granicy z porębą? Dęby są dość światłolubne, może cień je zabija? Poszłam dalej ścieżką wzdłuż płotu w poszukiwaniu drabiny, aby przyjrzeć się porębie z bliska.
W końcu znalazłam drabinę i weszłam na porębę. Od razu zobaczyłam jakie niebezpieczeństwa czekają na młode drzewka po tamtej stronie płotu: mogą zostać skoszone przy okazji koszenia trawy. Skoszone bywają te najszybciej rosnące, pomimo rzeczywiście wysokiego koszenia. Prawdopodobnie zostanie to zapisane na poczet szkód wyrządzanych przez zwierzynę leśną. Ale po co kosić trawę, jeśli posadzono młode sosny, dęby i głóg? To są gatunki raczej pionierskie, trawa im nie powinna zaszkodzić. Wystarczy popatrzeć, jak rosną dęby, sosny i głogi na nieużytkach dookoła blokowisk między Moreną, Jasieniem i Niedźwiednikiem. W końcu nawet obecna Puszcza Białowieska jest pierwotnie samosiejką sosnowo - dębową.
No, dobrze, ale jak wygląda sytuacja po "wolnej" stronie płotu w tym samym miejscu?
Stosy zeschłych cienkich gałązek bukowych sciętych kilka lat temu wyglądają na zgodne z bukowym 2-3 letnim młodniakiem pokrywającym prawie łąką teren pod drzewami. Wygląda na to, że młodniak został wycięty i na tym miejscu wyrosła bukowa "łąka". Wygląda na to, że buki sobie świetnie radzą, a młodniaki bukowe są regularnie wycinane przez ludzi, a nie wyjadane przez zwierzynę. Młodniakom bukowym nie potrzeba płotu, im wystarczy tylko przerzedzenie jesienią lub zimą, aby spokojnie zamieniły się w las.
W pobliżu rosły też i stare dęby, ale nie widać było podobnej dębowej "łąki". Młode 2-3 letnie dąbki rosły tylko w miejscach, które były chyba koleinami wyrąbanymi przez samochody wywożące drewno. Być może jednak to były bruzdy zostawione przez pług - teraz już nie można było tego ocenić. Dlaczego dęby wyraźnie nie radziły sobie w tym gruncie? Czy rzeczywiście potrzebują pomocy ludzi? Czy rzeczywiście potrzebują płotu w ramach pomocy? Co jest potrzebne, aby wyrósł dąb?
Żołędź? - tak. Na ziemi było dużo normalnych czapeczek po żołędziach, czyli żołędzie były. Czy wszystko wyjadły ptaki i dziki? Może i tak... Nie widziałam leżących żołędzi.
Co potrzebuje żołędź, aby wyrosnąć? Zakopania w ziemi? Prawdopodobnie tak. W tym miejscu gliniasta ziemia mimo niedawnego deszczu była dość betonowo twarda. Nie widać było żadnych kretowisk po żadnej stronie płotu, ani też nie było widać, aby dziki przewracały ziemię, a na stronę zarośniętą trawą nie przepuszczał je płot. Dziki lubią przewracać trawniki na okolicznych blokowiskach, może więc by i przewróciły trawę na porębie, gdyby je wpuścić?
No, a kto miałby zakopać te żołędzie w tej poruszonej ziemi? Jest wielu ochotników: sójki, sroki, wiewiórki - lubią zbierać i zakopywać na zapas swoje skarby. Widziałam, że nawet gawrony się interesują żołędziami. To one, a nie leśnicy, są głównymi sprawcami powstania dębowych młodniaków na skarpie nad ulicą Belgradzką na Morenie w Gdańsku.
Czyli, czy człowiek mógłby pomóc dębom wyrosnąć? Chyba tak: wystarczyłoby chyba zrobić kilka bruzd na początku jesieni i poczekać na wynik. W ostateczności można posadzić trochę żołędzi. Czy do tego potrzebne są płoty? Uważam, że nie.
Ale może młode dęby są wyjadane tylko w czasie ostrzejszych zim? Ostatnie dwie zimy nie były ani śnieżne, ani mroźne... Trzeba poszukać innego materiału badawczego w postaci nieco starszych dębów.
Poszłam dalej i zobaczyłam odrosty po dużych wyciętych dębach. Wyglądały na 3-4 letnie, a przynajmniej starsze niż opisywane poprzednio - miały jakieś ponad pół metra wysokości. Zima 3 lata temu była długa, mroźna i śnieżna. Przyjrzałam się im dokładnie, czy to nie są aby odrosty z odrostów. Wyglądały na nieuszkodzone od chwili wyrośnięcia - nic ich nie zjadło. To potwierdza mój pogląd, że normalny zwierzak nie obgryza dębów, bo dzięki taninie jest to niesmaczne i grozi zatwardzeniem.
Leśnicy w rozmowie ze mną powoływali się na doświadczenia z jałowych sosnowych fabryk desek, gdzie rzeczywiście głodująca zwierzyna wyjada wszystko, co nie jest sosną. Tak jest w Borach Tucholskich, tak jest na Mazurach, ale tak nie jest w lasach Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego.
W Borach Tucholskich
bobry potrafiły ogryźć z kory do wysokości prawie metra nad ziemią wielusetletnie pomnikowe
dęby rosnące wzdłuż Wdy i Brdy.
Musiały mieć po tej uczcie ciężkie zatwardzenie... Żal było na to patrzeć... Te dęby chyba
niekoniecznie to przeżyją w dobrym zdrowiu... Stuletnie sosny też były tak samo obgryzione.
Też chyba pójdą pod piłę.
Czy to wina leśników? Tak, ale to akurat głównie dzieło poprzedników naszego pokolenia.
Nasze pokolenie tylko odrodziło bobry, po długiej przerwie od ich wytępienia ileś(set) lat
temu.
01.08.2008 Basia Głowacka
Galeria zdjęć:
Płoty, młode drzewka i poręby w lasach Oliwy fotki - czerwiec 2008, Basia Głowacka
Jeszcze o dębach i odnowieniach sprawozdanie z rozmów z leśnikami. Jesień 2008