Leśnicy, myśliwi, las i zwierzyna "łowna"

Normalni ludzie myślą, że leśnictwo i myślistwo, las i zwierzęta to różne strony tej samej monety.
Prawda jest nieco bardziej skomplikowana, właściwie jest wręcz schizofreniczna.

W skrócie:

Jak to wygląda w świetle prawa?

Dualizm jest prawnie usankcjonowany:
jest ustawa "Prawo Łowieckie" i jest ustawa "O Lasach". Obydwie ustawy prawie się nie zauważają wzajemnie, za wyjątkiem może kuriozalniego rozwiązania rozliczeń finansowych z Lasami Państwowymi, o czym będzie dalej.

Prawo Łowieckie oddaje władzę nad zwierzyną "łowną" w ręce organizacji społecznej, czyli Polskiego Związku Łowieckiego (PZŁ).

Ustawa O Lasach oddaje władzę nad lasami, czyli nad roślinnością, w ręce leśników.

Wspomniałam już o "hodowaniu lasu". To wyrażenie i kilka poniższych nie są moim wymysłem, to tak jest - nie ten artykuł będzie poświęcony na analizę niektórych dialektów języka polskiego..

A więc, hodowanie lasu zaczyna się od nasionka, orzeszka czy żołędzia, potem jest albo "nalot", czyli samosiejki, albo sadzonki, podrosty, młodniki, drągowiny, później całkiem zauważalny las, w międzyczasie trzebieże, czyli przerzedzanie lasu lub wycinki pielęgnacyjne i o ile nie zdarzy się jakaś większa katastrofa, to przychodzi czas, kiedy las się "użytkuje" (czyli wycina) lub las staje się "przestojem" - ma przekroczony wiek rębny i powoli traci wartość dla tartaków, ale nabiera kolejnych wartości dla przyrody. W końcu kiedyś, jeśli nie wejdzie drwal, to wejdzie wiatr z grzybami, stare drzewa umrą i cykl zacznie się od nowa.

Leśnicy do niektórych zwierząt "łownych" podchodzą z mieszanymi uczuciami.
Tak jest na przykład z dzikami: docenia się ich zdolność wyjedzenia nawet 70% zimujących poczwarek brudnicy mniszki czy radykalnego ograniczenia ilości chrabąszczy. Z drugiej strony na dziki wskazuje się, jako na głównych "żołędziożerców", dzięki którym są problemy z naturalnymi odnowieniami dębów. (Na ten temat będą inne artykuły).

Jeżeli jednak chodzi o jeleniowate, to leśnicy mają do nich stosunek jednoznacznie negatywny: zwierzaki są oskarżane o wyjadanie, tratowanie, łamanie młodników oraz o obdzieranie z kory nieco starszych drzewek.
Leśnicy uważają, że pojemność ekologiczna polskich lasów została już dawno przekroczona. To wszystko dzięki z jednej strony brakowi dużych drapieżników, a z drugiej strony dzięki polityce hodowlanej myśliwych, czy PZŁ.

Na ogromnych obszarach klęskowych, jak na przykład w Sudetach czy pożarzysku w Kuźni Raciborskiej, obecność zwierząt jeleniowatych powoduje problemy z odbudową zniszczonych lasów - wyjadają sadzonki.

Według źródeł "leśnych", wysokość strat spowodowanych przez zwierzęta w lasach jest wielokrotnością odszkodowań wypłaconych rolnikom przez PZŁ.

Muszę przyznać, że nie znalazłam kryteriów oceny wartości strat w lasach. Wiem, że rolnikom wypłaca się odszkodowania w postaci wartości materiału siewnego po ocenie przez inspektora wielkości strat.


A jak sprawa wygląda z punktu widzenia myśliwych?

Obwód łowiecki jest zarządzany przez łowczego. Łowczy powinien znać swój teren, ponieważ to on opracowuje plany "pozysku", czyli odstrzału zwierzyny.
W praktyce, łowczy jest często leśnikiem, ale to inna sprawa formalnego "konfliktu interesów".

Jeżeli zwierzaki wejdą rolnikowi na pole i narobią szkody, to obwód łowiecki wypłaca rolnikowi odszkodowanie. To jest proste i zrozumiałe. Rolnicy zwykle są niezadowoleni z odszkodowania, ale to też jest proste i zrozumiałe.

Zadziwiające zjawiska zaczynają się w kontaktach z Lasami Państwowymi. Myśliwi nie wypłacają odszkodowań za stwierdzone straty na przykład w młodnikach, myśliwi wypłacają kary za niewykonanie planu "pozysku". Plany "pozysku" zwykle nie są wykonywane.
Wydawać by się mogło, że panom i paniom ze strzelbami nie chce się iść do lasu postrzelać.
Albo, że zbyt duża troska o kultywowanie "tradycji myśliwskiej" przyćmiła im wzrok...
Albo, że plan był ustalony za wysoko...
Albo, że zwierzaki sobie poszły...
Albo, że jakaś zaraza przyszła...
Albo...

No właśnie, ale jak policzyć zwierzęta w lesie?
Tak na prawdę, nie ma porządnych metod. Można liczyć tropy na śniegu, można badać DNA w znalezionych bobkach, można zrobić "pędzenie próbne", czyli zorganizować nagonkę w kierunku przesieki z dobrą widocznością, gdzie czekać mają obserwatorzy liczący zwierzaki. Zwykle ta ostatnia metoda daje najwyższe wyniki, ale jest możliwa do przeprowadzenia na terenie płaskim, i z przesiekami. Jednak nadal pozostaje pytanie na temat dokładności uzyskanych wyników.

No dobrze, ale przecież zwierzyna jest dokarmiana, aby nie robiła szkód, szczególnie zimą.
Dokarmiają dzieci szkolne, koła łowieckie i okoliczni mieszkańcy - więc o co tu chodzi?

Prawdopodobnie sposób dokarmiania poważnie wpływa na zimowe straty powodowane w młodym lesie. Badania wykazały, że jak na przykład taki jeleń naje się buraków lub kapusty (a chętnie to zrobi, jeśli by mu to umożliwić), to w brzuchu dostaje rewolucji, wszystkie żołądki mu fermentują, dostaje biegunki i aby problem rozwiązać szuka gałązek w pierwszej kolejności dębu. Jeśli nie ma dębu, to cokolwiek twardego jest zjadane, nie z głodu, ale jako lekarstwo.


To jak w takim razie, co należy robić, aby przynajmniej nie szkodzić?

Wyniki badań Instytutu Badawczego Leśnictwa (IBL) wskazują na możliwe kierunki szukania rozwiązań w celu w miarę niskokosztowego ograniczenia szkód.
Opieram się tutaj na moich wspomnieniach z lektury książki pani Eleonory Szukiel Ochrona drzew przed ssakami roślinożernymi. Książka jest wydana przez Centrum Informacyjne Lasów Państwowych i nie tylko leśnicy mogą ją spokojnie przeczytać.
W chwili pisania tego artykułu była do nabycia przez sklep internetowy.

Powyższe zalecenia dotyczą w miarę zdrowego lasu.

Ośmielę się wyrazić niepopularny pogląd, że pod nieobecność wilków lub rysiów, pewne ich pozytywne funkcje pełnią psy wałęsające się bez towarzystwa ludzi.
Tutaj od razu odezwaliby się myśliwi opisując "szkody w zwierzynie" spowodowane przez drapieżniki, w tym i przez wałęsające się psy. Dla wałęsających się psów jest tylko kula.
Rolnicy odzywają się dopiero wtedy, kiedy wilki wypłoszone z lasu przez myśliwych lub przez brak zdobyczy, zajmują się znacznie łatwiejszym zajęciem na terenach zamieszkałych.

Echa tej dyskusji ciągle wracają: zredukowana w ostatnich latach populacja jeleni i zdziesiątkowana przez choroby populacja saren w Bieszczadach i wilki zaczynające atakować zwierzęta domowe. Straty hodowców zwykle są duże, ponieważ zwierzęta domowe są zwykle w zagrodach i nie mogą uciec, dlatego ginie ich więcej, niżby wynikało ze zwykłego głodu u drapieżników.
Wilki w takiej sytuacji się rozleniwiają i rzeczywiście muszą być odstrzelone, bo już raczej do lasu nie wrócą.


A co z płotami w lesie?

Napisałam już dosyć opisów kolejnych wycieczek szlakiem płotów w lasach oliwskich. Gdańscy leśnicy tłumaczą je intensywnymi próbami wprowadzania dębów, które normalnie są zagłuszane przez stary las i wyjadane przez zwierzęta. Czas na wnioski.
Jakie błędy rzucają się w oczy na naszym terenie?

Pomyślałby ktoś, że zwierzęta i rośliny w lesie to jedność. Tak by się na zdrowy rozum wydawało... Jednak naszym władcom udało się tą jedność rozdzielić...


I to by było na tyle...
Basia Głowacka 29.01.2009
P.S.
A co na obszarach rzeczywistych problemów z odbudową lub przebudową lasów? Jak coś zobaczę, to opiszę.


Formularz kontaktowy


Great Seal of
Gdansk with mediewian ship

index do spisu treści