Poproście Matkę Bożą abyśmy po śmierci
w każdą wolna sobotę chodzili po lesie
bo niebo nie jest niebem
jeśli wyjścia nie ma
(Ks. Jan Twardowski - "Las")
Na przestrzeni dziejów tę urokliwa dolinę nazywano różnie; w czasach zaboru pruskiego i w okresie Wolnego Miasta Gdańska była znana jako Freudental, następnie jako Dolina Radości, a po serii jej dewastacji w końcu lat 90. XX wieku - Dolina Smutku oraz Dolina Rozpaczy.
Jesienią 2007 roku narodził się kolejny konflikt, tym razem pomiędzy projektantami z Biura Rozwoju Gdańska (de facto z gminą Gdańsk), a grupą przyrodników oraz turystów, często odwiedzających to miejsce. Artykuły prasowe na ten temat pojawiły się, m.in. w "Naszym Pomorzu", po opublikowaniu listu Michała Kochańczyka, szefa Klubu Wysokogórskiego "Trójmiasto", skierowanego do prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza*. Autor listu wskazał na zjawisko nieposzanowania krajobrazu kulturowego i przyrodniczego poprzez lokalizację budynku mieszkalnego w sercu tej przyrodniczo cennej i zabytkowej doliny; jest ona znana m.in. z jedynego na Pomorzu stanowiska bardzo rzadkiej na świecie, ściśle chronionej w Polsce soplówki jeżowatej Hericium erinaceum (Bull.: Fr.) Pers.
Temat konfliktu podchwycił redaktor Włodzimierz Machnikowski (Basior) z Radia Gdańsk. W sobotę 15 grudnia w godzinach 11-13 słuchaczom fali 103,7 MHz zaproponowano bezpośrednią transmisję z miejsca konfliktu. Obok wspomnianego redaktora oraz Darka Podbereskiego (Łosia) - dziennikarza i pracownika Zarządu Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, jako Borsuk miałem przyjemność uczestniczyć w tym spektaklu. Pierwszym gościem audycji była pani Małgorzata Mamont z Biura Rozwoju Gdańska. Tak, jak można było się spodziewać, broniła ona decyzji budowy, twierdząc, że zostały spełnione wszystkie procedury i wydana pozytywna opinia specjalisty od ochrony środowiska - budowla powstaje w miejscu tzw. siedliska, jest tylko rozbudową (rewitalizacją), a nie nową inwestycją. Dziwne to argumenty, skoro są to wyłącznie decyzje pracowników samego Biura. Z praktyki wiem, że w tym przypadku wydanie bezstronnej opinii wymagałoby przeprowadzenia szeregu skomplikowanych badań w środowisku, ze względu na złożone procesy dotyczące współistnienia przedstawicieli świata roślin, grzybów i zwierząt. Mamy tu przecież do czynienia z obszarem Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, który podlega ochronie prawnej. Badania takie wymagają wielu lat, a tu pojawia się natychmiastowy arbitralny werdykt, że nic nie grozi ekosystemowi doliny - na jakiej podstawie został on wydany?
W trakcie rozmowy z sympatyczną panią Mamont poza anteną, przekonałem się jak bardzo różni się spojrzenie architekta - planisty od widzenia tego samego obiektu przez przyrodnika. To dwa różne światy - ten pierwszy pozbawiony jest życia, obfituje za to w powszechne banały i trywialne urzędnicze stwierdzenia. Przypomina on do złudzenia komputer działający na podstawie pewnego algorytmu. Brakuje tu ciepła, zadumy nad pięknem natury i chęci jej ocalenia w jak największej różnorodności, gwarantującej równowagę ekologiczną w ekosystemie Doliny Radości.
Drugim rozmówcą był pan Benon Lisiewski, urodzony w Oliwie w roku 1930. Opisał on swoje dzieciństwo związane z Doliną Radości. Otóż ojciec pana Benona organizował rodzinne wycieczki po owej dolinie, szczególnie często w okresach wiosny i jesieni. Była to zresztą w owych czasach pewna tradycja wśród gdańszczan - rodzinne spędzanie wolnego czasu na łonie natury. Nie do pomyślenia było wówczas naruszanie krajobrazu okolic Oliwy, zaś Towarzystwo Upiększania Oliwy dbało o właściwą infrastrukturę turystyczną Lasów Oliwskich. Zostały m.in. wytyczone szlaki spacerowe, zawieszono kosze na odpadki, ustawiono ławki. W budynku nazywanym ongiś "Domem Narciarza" (późniejsza siedziba nadleśnictwa Oliwa) można było napić się pysznej lemoniady. Nie był to rozbuchany biznes na wzór obecnego "Dworu Oliwskiego", ale obiekt skromny, kameralny o przystępnych cenach. Pan Benon skrytykował projekt zabudowy rejonu Doliny Radości, uważając, że teren Lasów Oliwskich, w szczególności owej doliny, powinien być udostępnione ogółowi społeczeństwa. Tym samym przystąpił on do licznego grona osób nie podzielających planów biznesowego wykorzystania tej wyjątkowego, urokliwego Magicznego Miejsca. W tym samym duchu wypowiadali się przypadkowi przechodnie, których poproszono o opinię dotyczącą zabudowy okolicy Doliny Radości.
***
Problem poszanowania krajobrazu i środowiska przyrodniczego Doliny Radości (i sąsiednich polodowcowych dolin) pojawił się w roku 1974, kiedy to ówczesne władze Gdańska przekazały okoliczne tereny pod działki pracownicze; odbyło się to na drodze szantażu w stosunku do ówczesnego wojewódzkiego konserwatora przyrody. Eksploatacja owych działek doprowadziła do znacznych zniszczeń natury. Jednak zdaniem wielu rozmówców, to działki powstrzymały inwazję budownictwa na obszarze Doliny Radości. Ich likwidacja będzie równoznaczna z przystąpieniem do ekspansji budowlanej w okolicy i w samej Dolinie. Zakusy na ten unikatowy obszar pojawiały się często, o czym można było dowiedzieć się z lokalnej prasy, np. z artykułu red. Marka Wąsa pt. "Ciągnie VIP-a do lasu" (Gazeta Trójmiasto, 11 lipca 2002).
Szkoda, że opinie i rady poważnych naukowców, m.in. architekta, nieżyjącego prof. Jerzego Stankiewicza z Politechniki Gdańskiej, i ekologa - profesora Uniwersytetu Gdańskiego (obecnie Uniwersytetu Wrocławskiego) Wiesława Fałtynowicza, okazały się mało ważne przy podejmowaniu decyzji odnośnie planów zagospodarowania przestrzennego rejonu Starej Oliwy. W koszu na śmieci wylądowały także głosy mieszkańców Oliwy, miłośników przyrody i turystów znających Dolinę Radości, prezentowane na łamach lokalnej prasy i w Internecie. Jak widać, dla planistów i lokalnego biznesu nie są to żadne wskazówki dotyczące kierunków i sposobów inwestowania w oparciu o naczelną zasadę: po pierwsze nie szkodzić - zwłaszcza naturze i innym ludziom.
W związku z wybuchem nowego konfliktu dotyczącego Doliny Radości, sięgnąłem do materiałów prasowych sprzed 10 lat. Jest to kolekcja wycinków ponad 100 artykułów autorstwa redaktorów Marka Wąsa, Sławomira Sowuli, ówczesnego senatora Donalda Tuska i in. oraz szereg opinii czytelników, dotyczących ówczesnej afery. Chodziło o zniszczenia w ekosystemie doliny, dokonane przez restauratora z Przejazdowa, nabywcy osady Rybaki**.
Po przestudiowaniu owego materiału, jako konkluzję wybrałem wypowiedź francuskiego oceanografa Gerarda Lemoina, opublikowaną na łamach Gazety Morskiej: "Bez demokratycznego dialogu społecznego nie można zagospodarować racjonalnie ani środowiska, ani spadku kulturalnego (?). Przeciwko sile pieniądza prawo jest tylko narzędziem, na tyle ciężkim, że garstka przeciwników nie utrzyma go długo" ("Brak demokratycznego dialogu", 20-21.11.1999).
Powyższy cytat pozostawiam Państwu do własnych przemyśleń.
Marcin Stanisław Wilga - Borsuk
* Znamienne jest to, że na pismo Zarządu Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego w sprawie owej budowy Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego odpowiedział dopiero po owym liście Michała Kochańczyka.
** Po publikacji w politechnicznym Piśmie PG mojego artykułu poruszającego temat zniszczeń w Dolinie Radości, ów restaurator zadzwonił do mnie i groził poważnymi konsekwencjami; w owym okresie pracowałem społecznie w Straży Ochrony Przyrody.
25.03.2008
Czy warto wracać do tamtych czasów?. Po prostu, mnie szefowa Straży Ochrony Przyrody (SOP) powiedziała, że postępuję nieuczciwie (!?) - czytaj: nie trzymam z władzami, bo złożyłem protest w sprawie Sławka Zielińskiego, pozbawionego pracy. Był to powód do zrezygnowania z pracy społecznej w tej organizacji. A kolega Sławomir Zieliński, broniący także Dolinę Radości i wskazujący na odpowiedzialnego za dewastację, właśnie wyleciał z pracy w ówczesnym Zarządzie Parków Krajobrazowych. Zrobiono tam reorganizację i na jego miejsce wzięto zwykłego kierowcę. Sławek nie mógł znaleźć nowej pracy - przez długi czas nosił paczki w hurtowni leków. W tym czasie obronił pracę doktorską. Jest on wybitnym znawcą chrząszczy z rodziny kózkowatych, napisał o nich monografię.
Szkoda, że taki specjalista marnuje się.
Moim zdaniem w Gdańsku powinno powstać muzeum przyrodnicze, które mogłoby zatrudnić lokalnych przyrodników zaangażowanych w ochronę dziedzictwa przyrodniczego Pomorza. Ech, szkoda gadać, Basiu...
Fora dyskusyjne i więcej informacji: